czwartek, 29 maja 2014

''Ty jesteś tak zwana mądra kobieta, o ile takie istnieją. To znaczy najbardziej nieszczęśliwa.''

jestem buntowniczką wobec wszystkiego. buntuję się (a może tylko próbuję) przeciwko kolejce do chirurga, niemiłej sprzedawczyni w sklepie, właścicielom kotów, fabule ''dlaczego ja?'' (pochłaniam seriami samej sobie robiąc na złość), wychudzonym, nieszczęśliwym nastolatkom, autobusom, foie gras, trendom, japiszonom, autodestrukcji, bezradności, ignorancji, zacofaniu, niewdzięczności, ślepemu posłuszeństwu, pseudoznajomościom, zrządzeniom losu, nieszczęśliwym wypadkom, nieudanym związkom, ludzkiej głupocie, zachłanności i jeszcze raz głupocie... i tak dalej.
a tak na codzień to jestem całkiem, całkiem przyjazna i potrafię wnieść swoją osobą trochę światła.
bywają takie dni, że jedyne czego pragnę to zamknąć się w pokoju, wykrzyczeć się w poduszkę i odetchnąć. nie lubię, kiedy coś nie jest ode mnie zależne i muszę to zaakceptować takim, jakim jest. bunt wobec bezsilności przeradza się w bezsilność wobec buntu, jak, na przykład, niemożność pojechania na koncert z powodu złamanej kości śródstopia (już przebolałam. chyba) wtedy jest On. ten początkowo wcale niewymarzony, nieznany niemójtyp. wypełnił moją głowę i serce przy bliższym poznaniu (i wcale nie chodzi mi o to, że zapuścił włosy, bródkę i ubiera się teraz tak ''mojo''. chociaż... rumienię się?!). pokazał mi, jaką mam rzeczywistą wartość, nie tylko ile znaczę dla Niego. pokazał mi, że świat może cieszyć, a nie jedynie irytować. co najważniejsze, pokazał, jak kochać całość, z największymi wadami. czasem o tym zapominam i wtedy wydaje mi się, że użeranie się ze sobą w samotności jest najwłaściwszym rozwiązaniem. jakże głupie myśli czasem mnie nawiedzają... to sum up, buntować się trzeba, czasem wobec absurdalnym zjawiskom, a nawet i sobie. przynajmniej ja muszę (czuję się jak psychopata zbierający w zaciszu obskurnego domu zdjęcia swoich przyszłych ofiar), po to, by On mógł mnie utemperować. długa droga zaprowadziła mnie w te ramiona. bez wahania powtórzyłabym ją 10 razy, choćbym miała się czołgać i mieć wszystkie kończyny w gipsie. jak powiedział mi dziś przyjaciel, trzeba się chwilę nacierpieć, by później wydarzyło się coś wspaniałego. tak jest. ale i tu budzi się mój bunt. po ostatnich wydarzeniach myślę, że mam wielką szansę na zostanie sławną prezenterką albo wygraną w rmf.
skróciki: Agu obiecuje bardziej przystępne wpisy ze zdjęciami jak tylko odzyska laptopa.

środa, 28 maja 2014

złośliwość rzeczy martwych dotyka każdego, mnie jednak zdaje się dotykać, a wręcz złośliwie mną potrząsać nieco częściej... albo i niekoniecznie martwych, w końcu trudno nazwać w ten sposób kogoś, kto w pijackim szale wyskakuje radośnie w górę i ląduje na Twojej stopie. to drugi raz, kiedy mam coś złamane (pęknięte?), tak czy srak, wrocławski Linkin Park piątego czerwca stoi pod wielkim znakiem zapytania. no ale jak można odpuścić sobie takie wydarzenie, na które czekało się x miesięcy? z nudy rodzą się pomysły. czasem genialne, czasem trochę... głupie (witam serdecznie!), ale skoro już tu jestem, może się przedstawię - jestem Aggie, jestem na etapie pomaturalno-mieszkanioszukaniowym-bylebezdywanównaścianie, a tak generalnie - jestem szczęśliwą posiadaczką psa Maksa, który wielokrotnie będzie bohaterem postów i mam? posiadam? kocham wspaniałego chłopaka, o którym też będzie tu jeszcze mowa. zaczęły się wakacje. póki jestem uziemiona, warto nadrobić zaległości książkowe i filmowe. dziś do dyspozycji mam Forresta (którego jednak wolę oglądać niż czytać, no ale mus to mus) i "Siedem" w reżyserii Davida Finchera. to będzie... trochę nudny dzień.
najlepsze wiadomości z zeszłego tygodnia: wróciło McFlurry Oreo a Godzilla is chargin its lazor!